Moja pierwsza ciąża była podręcznikowa, więc przy drugiej nawet nie przyszło mi do głowy, że coś może pójść nie tak. Jestem najstarszą z ośmiorga rodzeństwa, a moja mama nie miała w swojej obszernej historii ciąż ani jednej straty. W wieku 24 lat, niecały rok po urodzeniu pierwszego syna, byłam w drugiej ciąży. Około siódmego tygodnia poszłam na kontrolne usg.
Lekarka długo patrzyła w monitor i nic nie mówiła. Nie pamiętam, co powiedziała, ani co odpowiedziałam.
Pamiętam za to korytarz, na którym czekałam już później na badanie mające potwierdzić poronienie zatrzymane i skierowanie na zabieg. Kobiety z dużymi brzuszkami, pary czekające, żeby poznać płeć dziecka. I Michał, któremu jeden z przyszłych tatusiów akurat gratulował „Wiedźmina”. Uśmiechałam się, żeby nikt się nie zorientował, było mi chyba wstyd, że u nas coś jest nie tak. To uczucie wstydu, czy porażki, towarzyszyło mi bardzo długo. Googlowałam przyczyny i robiłam rachunek sumienia: za dużo owoców? Pietruszka? Jakieś olejki eteryczne?
Po pierwszym poronieniu chciałam jak najszybciej znów być w ciąży. Podobno wiele kobiet tak ma: chcemy udowodnić sobie i wszystkim dookoła, że się da. Pół roku później poroniłam w dziesiątym tygodniu, konieczne było łyżeczkowanie, a przed nim kwestionariusz: czy chcę pochować dziecko, bo przysługuje mi urlop macierzyński i zasiłek, tylko trzeba będzie ustalić płeć i nadać imię. Dzisiaj wiem, że pochówek może być dla kogoś ważną częścią przeżywania straty - ale wtedy byłam pewna, że ktoś pomylił pacjentki. Nie dlatego, że to był „tylko płód” - ale dlatego, że język medyczny, którym o stratach mówili lekarze, pozwalał mi zachować dystans, którego potrzebowałam, by się pozbierać.
Dobrze jest mieć wybór, bo nie wszystkie kobiety chcą przeżywać stratę w taki sam sposób.
I dobrze kiedy bliscy i personel medyczny potrafią ten wybór uszanować.
Mówi się, że dwie kreski na teście to moment czystej radości, ale przy każdej kolejnej ciąży pozytywny test wywoływał u mnie falę niepokoju i niepewności. Już potem na USG biegłam w zasadzie dzień po zrobieniu testu.
Trzecie poronienie wydarzyło się kilka lat po urodzeniu naszego drugiego dziecka. Tym razem byłam przygotowana, choć to dosyć odważne słowo. Wiedziałam po prostu, że ciąża jest krucha i że nie wystarczy tylko chcieć i się starać, żeby wszystko poszło dobrze. A może łatwiej było mi przyjąć porażkę, kiedy się jej trochę spodziewałam? Z kolei rok później obudziłam się z ostrym bólem brzucha. Okazało się, że tym razem była to ciąża pozamaciczna. Popłakałam się dopiero wtedy kiedy leżałam w łóżku po zabiegu - nagle otworzyły się drzwi i do malutkiego pokoiku po kolei wchodziły moje siostry - trzy albo cztery, nie pamiętam. To było chyba bardziej chlipanie ze wzruszenia, że je mam i że przyszły mnie pocieszyć pizzą.
W ciąży z Heniem lekarz na pierwszym usg zobaczył sporego krwiaka i powiedział coś, czego wcześniej nikt mi nie powiedział: że mam się tym nie przejmować, bo to problem lekarzy, a nie mój. Pierwsze tygodnie przeleżałam, dostawałam mnóstwo leków, a krwiak po kilku miesiącach się wchłonął. Myślę, że wiele mam, którym udaje się urodzić dziecko po wcześniejszych poronieniach, dobrze zrozumie te słowa: bałam się przez całe dziewięć miesięcy. Podobnie było też z Felkiem i Lusią, których też urodziłam po kilku latach starań.
Nigdy niczego nie napisałam na żadnym forum internetowym. Za to czytałam ich wtedy mnóstwo: historie obcych kobiet, które straciły ciąże, analizowały każdy objaw dokładnie tak jak ja, bały się tego samego i miały te same nadzieje.
Z każdą przeczytaną historią było mi trochę lżej, bo czułam że nie jestem w tym cierpieniu sama.
Te kobiety nie wiedzą, że je czytałam, i pewnie nigdy się nie dowiedzą, ale do dzisiaj jestem im wdzięczna za każdy wpis.
Dlatego dwa tygodnie przed porodem trzeciego syna napisałam na Instagramie o swoich straconych ciążach. Było ich w sumie cztery. Długo zbierałam się, żeby o tym powiedzieć, ale od tamtej pory poruszam temat poronień z większą odwagą. Bo pamiętam, jak bardzo pomagały mi podobne historie innych kobiet, kiedy sama przez to przechodziłam.
Dziś, nadal za mało mówi się o poronieniach; o tym, że nie każda ciąża dobrze się kończy; że nie każda para, która nie ma dzieci nie ma ich z wyboru. Wciąż słyszymy, że powinnyśmy zdążyć z dzieckiem przed jakimś wiekiem. Że po dwóch synach wypada postarać się o córkę. Pytania o kolejne dzieci padają przy rodzinnym obiedzie, gdzieś między zupą a drugim daniem. Wszystko oczywiście w dobrej wierze. Tymczasem, okazuje się, że gryząc się w język można oszczędzić komuś wiele dodatkowego cierpienia.
Jako mama czwórki dzieci, już potrafię i chcę mówić o swoich doświadczeniach. Nie dlatego, że znalazłam jakiś uniwersalny sposób na radzenie sobie ze stratą, ale dlatego że pamiętam jak wiele znaczyła dla mnie świadomość, że ktoś jeszcze przeżywał to co ja. I jeśli dzięki temu choć jednej z Was będzie odrobinę lżej, to warto.
Ola